Produkty strukturyzowane – jak wybrać dobry?
Autor: Marcin Krasoń
Rozpalają żądzę wysokich zysków, a potem rozczarowują, wypłacając tylko gwarantowany kapitał. To firmy oferujące produkty strukturyzowane. Czy warto powierzać im pieniądze?
„Nie tyle może być przyjemne nagromadzenie dóbr, ile przykry ich ubytek” – Marcus Tullius Cicero (Cyceron) był mądrym człowiekiem, to jasne. Jego słowa nie tracą na aktualności, mimo że padły już z górą dwa tysiące lat temu. Być może właśnie nimi kierują się banki, które w tym roku oferują rekordowo dużo produktów strukturyzowanych. Minęło dopiero siedem miesięcy, a na rynku pojawiło się już więcej struktur niż w całym 2008 roku.
W ostatnich miesiącach do listy instytucji oferujących tego rodzaju lokaty dołączyło kilka nowych, m.in. Alior Bank, Bank DnB Nord, mBank i Bank Ochrony Środowiska. Aktywnych na tym polu jest już kilkadziesiąt firm (bo strukturami zajmują się nie tylko banki, ale i ubezpieczyciele, doradcy finansowi, domy maklerskie oraz wyspecjalizowane butiki inwestycyjne), a dzięki medialnemu rozgłosowi o tej formie lokowania kapitału słyszał już pewnie każdy inwestor. A że należą one do produktów wysokomarżowych, wszyscy promują je bardzo chętnie. Jak więc wybrać odpowiednią strukturę dla siebie?
Ale o co chodzi?
Przypomnijmy w telegraficznym skrócie, czym są produkty strukturyzowane (czasami błędnie określane mianem strukturalnych). Jest to grupa stosunkowo bezpiecznych produktów inwestycyjnych sprzedawanych w ramach subskrypcji (zapisów), trwających najczęściej kilka tygodni. Inwestycja (i naliczanie odsetek) rozpoczyna się zwykle kilka dni po zakończeniu subskrypcji. Ze względu na „opakowanie” struktury mogą być oferowane w formie lokat, certyfikatów depozytowych, obligacji, funduszy inwestycyjnych, polisy z funduszem kapitałowym i polisy na życie i dożycie.
Produkty strukturyzowane zbudowane są z części bezpiecznej i ryzykownej. Bezpieczna część (obligacja zerokuponowa, depozyt bankowy) ma za zadanie zapewnić ochronę kapitału. Najczęściej wynosi ona 100 proc., co znaczy, że inwestor – o ile wytrwa do końca – otrzyma co najmniej zwrot ulokowanego kapitału. Trzeba jednak pamiętać, że w perspektywie kilkuletniej oznacza to realną stratę – bo przecież jest inflacja i 100 tys. zł dziś i za trzy lata to nie to samo.Zdecydowanie ciekawszy jest drugi składnik struktur – część ryzykowna, której zadaniem jest wypracować zysk. Inwestor może korzystać ze zmian bądź stabilizacji (wszystko zależy od konstrukcji produktu) cen praktycznie dowolnych aktywów dostępnych na globalnych rynkach.
Najwięcej jest produktów opartych na indeksach giełdowych (głównie WIG20), walutach (euro, dolar) i surowcach (indeksy surowcowe, złoto, ropa). Konstrukcja produktu jest ograniczona praktycznie tylko wyobraźnią jego twórców. Stąd na rynku pojawiają się produkty proste (mówiąc kolokwialnie, zarobisz 40 proc. wzrostu indeksu), nieco skomplikowane (zarobisz 100 proc. wzrostu indeksu, ale nie więcej niż 40 proc.) i zagmatwane niemalże do granic możliwości (zarobisz 100 proc. wzrostu indeksu, ale nie więcej niż 40 proc. minus wskaźnik X, którego wartość poznasz, dopiero jak inwestycja ruszy, a w przeciwnym wypadku dostaniesz Y, którego również dziś nie znamy). Udział inwestora we wzroście ceny aktywów nazywamy współczynnikiem partycypacji.Inwestor chcący być na bieżąco z rynkowymi nowinkami nie ma łatwego życia. A skoro produkty strukturyzowane robią się coraz popularniejsze i jednocześnie nie zawsze łatwo je zrozumieć, to...
Jak wybrać dobrą strukturę?
Jak zwykle w takich sytuacjach bywa – nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Jest za to kilka zasad, których można się trzymać, zwiększając tym samym sobie szansę na zarobek. Ale gwarancji sukcesu nie ma, bo jak mawiał Benjamin Franklin: „Tylko dwie rzeczy są pewne: śmierć i podatki”. A i od struktur (z wyjątkiem tych oferowanych w formie ubezpieczenia na życie i dożycie) daninę fiskusowi trzeba odprowadzić.
1. Reklama dźwignią handlu
Na świecie zrobiono tyle analiz i raportów na temat większości najpopularniejszych aktywów, że udowodnienie za ich pomocą dowolnej tezy jest dla sprawnego marketingowca bardzo proste. Zwyżki na rynku energii atomowej? Umocnienie złotego wobec euro? Wzrost cen akcji spółek z branży budowlanej? Za pomocą kilku wykresów i tabelek można pokazać i udowodnić wszystko. Kiedy do sprawnego przekazu marketingowego dodamy obrotnego sprzedawcę, klient jest w stanie uwierzyć we wszystko. Dlatego należy pamiętać, aby decyzje inwestycyjne podejmować samemu i na podstawie własnych przekonań.
W połowie lipca na rynku pojawiły się dwa podobne produkty powiązane z indeksem WIG20. Jeden wypłaca zysk, jeśli za dwa lata indeks będzie o co najmniej 50 proc. wyżej niż dziś, a drugi ma wbudowaną barierę knock-out (której przekroczenie powoduje koniec marzeń o zyskach) na takim samym poziomie – 50 proc. powyżej wartości początkowej. I jak ma sobie z tym poradzić przeciętny inwestor?
Każda struktura posiada komplet oficjalnych dokumentów (w zależności od formy prawnej będzie to prospekt emisyjny, umowa lokaty, ogólne warunki ubezpieczenia itd.) i to one, a nie ulotki czy reklamy, powinny być podstawowym źródłem naszej wiedzy. Tam znajdują się dokładne zasady wyliczania zysku wraz ze wzorem matematycznym. Gdy nałożymy to na nasze oceny dotyczące sytuacji na rynku, jesteśmy w stanie realnie ocenić szansę na zarobek.
2. Historia kołem się (nie) toczy
Podstawą materiałów promocyjnych każdego produktu inwestycyjnego są bijące po oczach zarobki. „Zyskaj do 40 procent rocznie!” – kuszą nas sprzedający. Wyniki pokazywane na wykresach są zwykle układane tak, by wyglądały jak naj-atrakcyjniej. Wybiera się więc okresy największej hossy, choć szanse na jej powtórzenie są niewielkie. Dużo lepiej spojrzeć na średnie wyniki historyczne, a jeszcze lepiej – na minimalne. Jeśli jakieś aktywa przez ostatnią dekadę ani razu nie miały (w ciągu okresu odpowiadającego naszej inwestycji) ujemnej stopy zwrotu, świadczy to o nich bardzo dobrze.
Z kolei jeśli średni roczny zysk produktu wynosił na przykład 4 proc., to czy naprawdę warto zawracać sobie nim głowę? Ale uwaga, i tutaj są wyjątki. Każdy indeks czy surowiec ma swoje okresy hossy. Jeśli jesteśmy przekonani, że taki czas właśnie się zaczyna, nawet kiepskie wyniki historyczne nie powinny nam przeszkodzić w inwestycji.Warto przy wynikach historycznych zwrócić jeszcze uwagę na jedną rzecz. W przypadku najróżniejszych indeksów zdarza się, że notowania historyczne są w dużej mierze... symulacjami. Wiele indeksów (np. surowcowych) powstało kilka lat temu, a ich wcześniejsze wyniki są efektem symulacji na zasadzie „co by było gdyby”. Inwestując pieniądze, warto o to zapytać doradcę.
3. Zysk zyskowi nierówny
Część dostawców struktur spotyka się z falą krytyki klientów i obserwatorów rynku za oferowanie produktów z mocno ograniczonym potencjałem zysku. Chodzi o struktury, w których w najlepszym wypadku da się zarobić mniej, niż dają bankowe lokaty. Tak, tak, to nie żart – nawet takie produkty znajdują nabywców! Trudno ich zrozumieć, bo całkowicie bez ryzyka mogą zyskać tyle samo na zwykłym bankowym depozycie. Jeśli ktoś zaoferuje nam produkt inwestycyjny dający rocznie zarobić maksymalnie 6 czy 7 procent, najlepiej po prostu odesłać go na księżyc.
4. Bariera, której nie warto przekraczać
Tak samo trzeba wystrzegać się długoterminowych produktów z nisko postawioną barierą knock-out, która w chwili przekroczenia jej przez notowania aktywów bazowych eliminuje wszystkie zyski. Najlepiej pokazać to na przykładzie: inwestor zarabia wraz ze wzrostem indeksu WIG20, ale tylko pod warunkiem, że ten w czasie trwania inwestycji ani razu nie przekroczy poziomu 135 proc. wartości początkowej. Oczywiście wszystko zależy od okresu inwestycji. W perspektywie miesiąca szanse na dotknięcie takiej bariery są niewielkie, ale już gdy spojrzymy na to w perspektywie rocznej czy dłuższej – sprawa wygląda inaczej. Na obecnym rynku, gdzie praktycznie wszystkie indeksy i notowania są bardzo mocno rozchwiane, kilkudziesięcioprocentowe bariery knock-out są zgubne.
5. Uwaga na uśrednianie
Czynnikiem wpływającym na wynik z inwestycji w produkt strukturyzowany jest tak zwane uśrednianie. Jeśli mamy zarabiać na wzroście indeksu, to musi nastąpić początkowy i końcowy odczyt jego notowań. Aby zmniejszyć ryzyko trafienia w jednodniowy wyskok, czasami stosuje się właśnie uśrednianie. Na przykład wartość początkowa indeksu obliczana jest jako średnia arytmetyczna z notowań z trzech pierwszych dni trwania inwestycji.
Podobnie stosuje się uśrednianie na końcu – przy kilkuletnich produktach brane są pod uwagę nawet odczyty z ostatniego roku trwania lokaty. Ma to zamortyzować ewentualne spadki cen w końcowym okresie trwania struktury i ocalić zyski. Ale korzyść z uśredniania zawsze zależy od tego, jak potoczą się wydarzenia na rynku. Jeśli w końcówce zanotujemy nagłe zwyżki, uśrednianie je stłumi. A jeżeli będą spadki – to rzeczywiście zostaną zamortyzowane.
Zdarzają się także struktury, w których obserwacje indeksów dokonywane są przez cały czas i dla inwestora istotna jest średnia z okresu trwania lokaty. To produkty z niewielkim potencjałem zysku. Bo wystarczy wziąć przykładową serię notowań (biorąc 100 jako wartość początkową): 95, 102, 110, 98, 87, 99, 112, 128, 139, 141 i okaże się, że mimo wzrostu notowań w całym okresie o 41 proc. inwestor otrzyma jedynie 11,1 proc., co po odliczeniu podatku da mu 8,99 procent.
6. Promocja dla każdego
Istotny wpływ na ostateczny zysk ma prowizja wstępna – opłata pobierana przez dystrybutora na początku inwestycji. Warto sprawdzić, jak się ona kształtuje, bo jeśli z początkowej kwoty 5 proc. oddamy dystrybutorowi, to baza do naliczania zysków będzie o tyle niższa. Ciekawostką jest, że czasami u dystrybutorów trafiają się „oferty dla najlepszych klientów” z prowizją np. 3 proc., a w innym miejscu tę samą strukturę można nabyć, nie płacąc nic.